KROPIELNICA

Uwikłanemu w nałóg pozostało tylko (na szczęście!) zmartwychwstanie, bo śmierć już przyłożyła siekierę do pnia…

Po nocnej libacji zasnął na ławce w parku.
Wczesnym rankiem zbudził go przeraźliwy tupot czterech łap i odgłos głośnych jak pneumatyczny młot butów. Czuł, że ktoś wyciągnął zawleczkę z jego głowy – niewyobrażalny ból za chwilę ją rozerwie. Czekał na tę chwilę, a nawet jej pragnął: Niech to się już skończy!

Nie podnosił wzroku. W tej upokarzającej rzeczywistości zazdrościł zwierzęciu – gdyby tak jego – wyspanego, zdrowego – jak psa ktoś wyprowadził na poranny spacer… Chętnie by się do kogoś przywiązał. Tylko czy jeszcze potrafi…?

Wyrwany siłą z pościeli człowiek z psem zniknął w głębi parku, on, drżąc z przepicia, usiadł na zimnej ławce. Paliło go w gardle a im głębiej, tym bardziej czuł piekło. Gotów był pić z kałuży, gdyby była w jego zasięgu…
Wtem rozległ się dzwon kościelny. Bezdomny czuł się tak, jakby ktoś wsadził go do plującego decybelami, odlanego z granatów kielicha dzwonu. Skulił się, zatkał uszy i ledwo trwał w tej chwili nie do zniesienia. Gdy dzwon zamilkł, błogosławił ciszę i, gdyby nie palące pragnienie, zasnąłby jeszcze na swoim polowym łóżku. Od ulicznego hydrantu dzieliły go dwie niedługie ulice – to niemiłosiernie daleko. Chwiejnym krokiem, podpierając się górnymi kończynami, jak miś piął się po szerokich, monumentalnych schodach kościelnych. Ostatkiem sił otworzył ciężkie drzwi i stanął w przedsionku świątyni. Niedbałym ruchem ręki, resztkami wiary uczynił na piekącej piersi ledwie widzialny znak krzyża. Unikając wzroku Boga podszedł do zawieszonego na ścianie naczynia, oparł się rękami na wilgotnej krawędzi i wsadził głowę w kamienną kropielnicę – pił ze zdroju zbawienia… Gdy źródło wyschło, podniósł umęczoną głowę, z włosów na twarz ściekała święcona woda – spijał ostatnie krople. Dopiero teraz, błędnym wzrokiem spojrzał na Jezusa Miłosiernego w ołtarzu i Matkę Bożą Nieustającej Pomocy. Dlaczego w tej chwili pomyślał o MOPS-ie? Bóg jeden wie. Był mu bliższy niż Ona, ale na wszelki wypadek ułożył w głowie skrót – MBNP. Pamiętał ten wizerunek, kiedyś przypadkowy ktoś podarował mu mały obrazek. Nie był w stanie myśleć ani odczuwać miłości. Może dlatego nie czuł żalu do ludzi i Boga. Kto wie, czy nie rozumiał więcej, niż ci trzeźwi, schodzący się na poranną mszę, psioczący na niedobór święconej wody. Czy oni potrafili rozmawiać z Ojcem o splamionej grzechem duszy? Czy osłabli kiedyś na tyle, by zrozumieć, że tylko On, że tylko w Nim…

Krople (tym razem słone) płynące po policzkach jak górskie strumienie, które w młodości były malarską inspiracją, napełniały wyschnięte kropielnice jego życia. Bezdomny, bezbronny i samotny nie dostrzegł wyciągniętych ramion Przyjaciela. Nie wiedział, że kiedyś – niekoniecznie na trzeźwo – w nie wpadnie. Wprawdzie na Ziemi nie dane mu będzie powrócić do siebie, do miłości, do szczęścia, ale Tam…

Uwikłanemu w nałóg pozostało tylko zmartwychwstanie, bo śmierć już przyłożyła siekierę do pnia.

Matko od Szczęśliwych Powrotów, w Twoje dłonie składamy modlitwę za zniewolonych nałogami. Zanieś ją przed oblicze Pana.


W Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

15 sierpnia 2017 r.

 

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.