STAN STANIA

Góra jest naturalnym obrazem mocy i symbolem spotkania ziemi z niebem. Jest odwzorowaniem ludzkiego losu, tarczą czasu, dorastania do czegoś, dążenia człowieka do celu. Wreszcie jest wizualizacją świątyni i domu. Góra, którą odkrywam od lat, znowu mnie czegoś nauczyła.

Od lewej: Niżna Kozia Przełęcz, Kozie Czuby i Kozi Wierch (w centrum)

Zapraszam na wędrówkę.., na szlak. Zapuśćmy się w głęboki las, spróbujmy zdobyć górę, otwórzmy się do głębi prawdziwie. Któż nie doświadczył irytującego wrażenia stania w miejscu, braku postępu mimo intensywnego wysiłku, a czasem nawet cofania się. Uczucia pojawiające się na etapie swojego rozwoju oraz na etapie budowy relacji z drugim człowiekiem (szczególnie najbliższymi) a także, a może przede wszystkim, z Bogiem, mogą człowieka tak samo rozwinąć co zablokować, a nawet wpędzić w depresję. Poczucie bezsensu, ból na pozór straconego, a poświęconego komuś lub czemuś czasu, zawód, niechęć, regres, prowadzą do zgorzknienia. Góra może pokazać mi te minione i obecne chwile, abym wrócił do siebie takiego, jakim chcą mnie widzieć inni i abym ja sam ze sobą czuł się dobrze.

Schronisko Pięciostawiańskie

Na tablicy w schronisku dobre wieści: zagrożenie lawinowe znikome, niewielki tylko wiatr i takie same opady śniegu. Temperatura minusowa z tendencją zwyżkową.

Cel: zimowy Kozi Wierch

Dokąd śnieg jest lekko zmrożony idzie się całkiem przyzwoicie, ale z czasem, z każdym kolejnym krokiem biała materia rozsypuje się, a nogi zapadają coraz głębiej. To zrozumiałe, gdy słońce wychyli znad Opalonego Wierchu rozpaloną do białości głowę i choćby przez chwilę naświetli przeciwległy stok, śnieg mięknie i nie ma nic wspólnego z gruntem pod nogami.

Skrzyżowanie szlaków pod Kozim Wierchem. Ślady prowadzą w stronę żlebu, o którym mowa poniżej

Spoglądam w górę, widzę zwężający się ku górze długi żleb. Hmm, piękny, kuszący, ale czy najlepszy do wędrówki szlak? Rozglądam się… Skalny grzbiet po lewej wydaje się być lepszą alternatywą, wiodą nań wczorajsze ślady skiturowców. Chwila namysłu i skręcam w lewo, jednak zapadam się jeszcze głębiej. Po kilku krokach w bok wracam na pierwotny szlak i już bez wątpliwości brnę żlebem w górę. Stok piętrzy się, a to w białym puchu mnoży jałowe kroki, śnieg obsuwa się spod nóg. Kije ujeżdżają lub zapadają się aż po rękojeść w śniegu. Co kilkanaście kroków odpoczywam, by wyrównać oddech. Wreszcie moim oczom ukazuje się fragment cudownie zamglonej Doliny Roztoki. W oddali widzę morze mgły. Wyobrażam sobie, jaki będzie widok ze szczytu… Jakie zdjęcia przywiozę do domu i jakie obrazy w sercu. Już teraz postanawiam zrobić kilka zdjęć, bo skąd pewność, że mgła nie wypełźnie jak wczoraj i nie zaleje też dna Doliny Pięciostawiańskiej?

Zdjęcie z wczorajszego rekonesansu. W głębi Tatry Bielskie, po prawej zbocza Opalonego Wierchu, po lewej zbocza Koziego Wierchu

Próbuję zrobić pierwsze tego poranka zdjęcie gdy nagle…! Nie!!! No nie! Zapomniałem włożyć baterię do aparatu! Została w gniazdku, w kuchence w schronisku. Kto mnie zna, wie co w tej chwili czuję. Nie mogę się oswoić z myślą, że nie będę mógł zrobić zdjęć na szczycie. Wracać nie ma sensu, zajęłoby mi to przynajmniej godzinę i mogłoby się obrócić przeciwko mnie, bo – po pierwsze – trzeba się liczyć ze swoimi już nadwątlonymi siłami, a – po drugie – prognozy pogody są dwuznaczne. Wściekły idę dalej, ale co to za wędrówka…? W jednej chwili pryska cała radość z bycia tutaj, z cudownych widoków i bezludnego szlaku. Potrzebowałem pobycia sam ze sobą ale bez przesady –  sam na sam, to nie znaczy bez aparatu!!! Jedna myśl przywraca mi równowagę; będę się szybciej wspinał, bo fotografowanie znacznie opóźnia wędrówkę.  Pogodzony ze sprzętowym brakiem, brnę w górę. Jest ciężko, bardzo. Spoglądam przed siebie, do końca żlebu jeszcze daleko, a przecież do szczytu znacznie dalej. Gdzieś w połowie góry odkrywam, że nie założyłem raków…, z tego wszystkiego, z zachwytu i ze złości. Więc czas najwyższy to zrobić. Odkładam jednak tę chwilę i idę dalej. Momentami zapadam się w sypkim śniegu prawie po pas.

Wtedy pojawia się pierwszy raz ta destrukcyjna myśl: to ponad moje siły, mam już swoje lata i swoją wytrzymałość. Latem, na tej górze byłem pewnie z dziesięć razy, czy muszę być jeszcze zimą? Przecież nic nie muszę, to nie jest sprawa życia i śmierci… Może wrócę tutaj kiedyś inną zimą i spróbuję znowu…?  Tylko czy będę jeszcze w pełni sił? Jeżeli dzisiaj nie zrobię zimowego wejścia J na Kozi Wierch, to kiedy? Może nigdy, bo trzeba sobie kiedyś zdać sprawę z upływającego czasu. W końcu jest decyzja: osiągnę koniec żlebu a dalej zobaczymy. Nieco wyrównuję oddech, robię trzy kroki i znowu kryzys. Przypominam sobie opowiadanie Kingi Baranowskiej o jej zdobywaniu ośmiotysięczników. Pamiętam jak opisywała ostatnie kroki przed szczytem.

Fot. Artur Kaszowski

Gdyby to czytała, pewnie uśmiałaby się, ale to mój Gasherbrum, moje K2. Walcząc tutaj ze sobą jeszcze bardziej doceniam wyczyny himalaistów. Rozumiem i nie nazywam szaleńcami. Przeciwnie, myślę, że to ich misja, życie zadane przez Boga. Rozmyślając o Himalajach zakładam raki. Pełen nadziei, że teraz będzie lepiej spoglądam w górę. Koniec żlebu jakby się odsuwał ode mnie. Mam wrażenie, że przy każdym moim kroku w górę, góra drwi sobie wydłużając żleby. Po kilku krokach odkrywam, że w tak sypkim i głębokim śniegu raki nie dają mi znacznie większego komfortu. Postanawiam nie spoglądać wzwyż. Stawiam kilka kroków i znowu opadam z sił. W końcu mówię to głośno, do siebie: nie wchodzisz na szczyt, ale zrób wszystko, żeby osiągnąć koniec żlebu. W nagrodę zobaczysz pięknie zamgloną dolinę Roztoki i może coś więcej. Nie mogę się poddać, może to tylko próba? Pełna mobilizacja! Ale tylko na chwilę, bo niespodziewanie moją determinację gasi pogoda, bowiem zaczyna padać śnieg. Chmury, podobnie jak wczesnym rankiem, znowu przykrywają niebo i odcinają mnie od słońca. Jedno spojrzenie za siebie: w dolinie nie widać żywej duszy, jedynie na przeciwległym zboczu Miedzianego dostrzegam trawersujących skiturowców – idą w stronę Szpiglasowej Przełęczy.

Wczorajszy rekonesans. Od lewej: Miedziane, Szpiglasowa Przełęcz, Szpiglasowy Wierch

Zima, jestem na wysokości około 2000 m. a tak mi gorąco…, z rękawów wylewa się, a na głowie występuje z brzegów pot, mokro w butach. Znów kilka jałowych kroków, znów w śniegu po pas, i ze śniegiem w skarpetkach, no cóż.., dlaczego nie zabrałem stuptutów – ochraniaczy na buty i spodnie? Dwa kroki w górę, i znów odpoczynek. Oj, gdybym miał ze sobą takie plastikowe, jabłuszko dla dzieci, włożyłbym pod dupkę i zjechał na dno doliny… Gdybym miał… Nie, dobrze, że nie mam, bo mogłoby się to źle skończyć. Ale pomarzyć można. Od kilkunastu minut nie spoglądałem w górę…?  Z nadzieją, że nagle odkryję blisko siebie skałę wieńczącą koniec żlebu spoglądam i…. No nie… Czyżbym stał w miejscu? Widzę ten punkt a jakbym się nie zbliżał. I tak jest jeszcze dobre kilkadziesiąt minut, a w głowie świadomość, że tam, za tą skałą na końcu żlebu jeszcze męcząca droga na szczyt. Nigdy dotąd, wędrując po Tatrach, nie miałem tak deprymującego wrażenia stania w miejscu. Jakbym płynął kajakiem pod prąd rzeki. Pode mną jest kilka metrów nawiewanego i nasypywanego od jesieni śniegu. Nie planowałem wejścia na Kozi Wierch, równie dobrze mogłem iść na Zawrat, Szpiglasową Przełęcz lub gdzieś indziej, dlatego nie ułożyłem sobie w głowie tej wędrówki. Jestem przekonany, że powyżej żlebu muszę jeszcze trawersować i zmagać się ponad swoje siły. Dla człowieka spędzającego wiele czasu przy biurku, nie uprawiającego na co dzień sportu a tylko od czasu do czasu, taki trekking to nie lada wysiłek. Wyobrażam sobie jakie będą zakwasy, jak się osłabię na kilka kolejnych dni, a przecież jeszcze dzisiaj muszę zejść na sam dół i zmierzyć się z Zakopianką w jeden z ostatnich dni ferii zimowych. Wiadomo z czym się to wiąże.

Śnieg przestaje padać, znowu pojawia się słońce. Z bojaźnią spoglądam w górę. Uff, jeszcze tylko kilka kroków do kompromisowego celu. Domyślam się, że za chwilę, gdy wejdę na wieńczącą żleb skałę, zobaczę imponujący widok. A tu niespodzianka… Nic z tego. Rozczarowanie… To nie jest widokowe miejsce. Z jednej strony ogromna satysfakcja, bo brnąc w głębokim śniegu pokonałem długi i stromy żleb a z drugiej zawód. Wyrównuję oddech, widzę ślady prowadzące na sąsiednią turniczkę, pójdę, może te kilkadziesiąt kroków sprawi, że zobaczę szeroką panoramę. Dziwne uczucie, bo idąc po śladach schodzę nawet lekko w dół, by po chwili, po twardym tutaj  śniegu, wreszcie czując grunt pod nogami, wspiąć się na turniczkę i… (szok!) zobaczyć… Żółta Turna? Granaty? O Boże! Buczynowa Turnia i Czarne Ściany! Mgła w Dolinie Roztoki. Ludzie! Ja jestem ponad tym wszystkim, a to znaczy, że prawie na szczycie Koziego Wierchu! A jednak… Wlazłem na Kozi! Okno pogodowe: słońce, błękit nieba, rozległy, cudowny widok. Nie mogę sobie podarować. Jest gospel, mój uwielbieniowy, dziękczynny. Ależ Bóg mnie nagrodził… Dopiero teraz dostrzegam pierwszych ludzi w dole, na stopie góry. Sięgam po telefon, żeby napisać tryumfalny sms do żony i wtedy dociera do mnie, że mogę… Ale ja nigdy jeszcze nie robiłem zdjęć telefonem… No to najwyższy czas!

Orla Perć w stronę Granatów z przedwierzchołka Koziego Wierchu

Niewiele widzę na monitorze, bo jaskrawa biel śniegu nie pozwala zobaczyć zdjęć na bieżąco. Ważne, że jest pierwszy raz, później w domu będę miał dziką satysfakcję, że jednak coś zarejestrowałem. Kiepskie, bo kiepskie te obrazy, ale są. Oddają może w 1/3 to co czułem w sercu i widziałem oczyma duszy, ale jednak… Teraz upojne chwile na najwyższej, w całości stojącej na terytorium Polski, górze.

Żółta Turnia, Granaty i Czarne Ściany. W głębi na prawo Buczynowe Turnie

Rzucam kije jak uzdrowiony paralityk, zrzucam plecak. Seria zdjęć a później łyk gorącej herbaty. Za ciepła, a pragnienie niewyobrażalne. Przecież w tym żlebie odwodniłem się, wypłukałem do cna. Herbata za ciepła? No cóż, w słońcu szybko się nie ochłodzi, więc dosypuję śniegu aż do letniości. Nie dość, że chłodzona, to jeszcze jej przybyło.

Z lewej szczyt Koziego Wierchu

Zrobiwszy zdjęcia i napoiwszy zdechłe ciało biorę plecak, kije i wchodzę na sam szczyt Koziego Wierchu.

W dali, na lewo piękna, dwuwierzchołkowa Świnica, na prawo, w głębi, słabiej widoczny Kasprowy Wierch, a za nim, na ostatnim planie, nieco z prawej widoczny Giewont. Bliżej, na godz 14,30 również dwuwierzchołkowy Kościelec.

Panorama na Tatry Wysokie. Rysy schowane w chmurze

Potężne nawisy w stronę Koziej Dolinki

Co za widok!

Doliny: Roztoki, Rybiego Potoku, Białej Wody i Jaworowa zatopione we mgle. Ponad nimi, w głębi, Tatry Bielskie a na prawo Tatry Wysokie. W prawym dolnym rogu zarys jeziora zasypanego śniegiem, a na brzegu Schronisko Pięciostawiańskie.

GÓRA – KSIĘGA MĄDROŚCI

Z dołu wygląda niewinnie

Gdybym uległ słabości i zatrzymał się na końcu żlebu, nie poszedł jeszcze te kilkadziesiąt kroków wyżej, na turniczkę, to nawet nie wiedziałbym, że szczyt mam w zasięgu ręki, że osiągnąłem ten właściwy, założony cel! Nie można się zatrzymywać w niedokończonym czasie, w miejscu niespełnienia. Jeżeli odwrót, to w pełni mądry wypływający z siły a nie słabości. Góra, to szkoła, to Księga Mądrości.

Owszem, mogłem wejść na Kozi Wierch po zlodowaciałym śniegu, stąpać udeptanym szlakiem, bez większego trudu, ale zadano mi inną, jak na moje możliwości morderczą drogę. Moje niezgodne ze stanem faktycznym wyobrażenia o drodze na szczyt sprawiły, że radości miałem stokroć więcej.

Co może czuć człowiek, który jest przekonany, że nie zdobędzie szczytu, który już się oswoił z myślą o – jakby nie było – przegranej, a nagle staje na szczycie…? Ta góra nauczyła mnie cierpliwości i brnięcia do – na pozór – niewielkiego celu, przez który wiedzie droga – wydawać by się mogło nieosiągalnej – pełni.

PEŁNIA SZCZYTU

Spędzam na szczycie blisko godzinę pławiąc się w szczęściu. To jest okno pogodowe podarowane mi przez Stwórcę. Przeżyłem w górach niemal wszystkie, poza ekstremalnymi zawiejami i zamieciami, pogody. Czy to w deszczu, czy w burzy, czy w wichrze – zawsze było cudownie. I za wszystko jestem wdzięczny.

Nadciągają chmury, znów chwilę prószy śnieg. Schodząc w rakach stawiam ogromne, siedmiomilowe kroki. Teraz mogę się zapadać, i zapadam po pas, ale przy schodzeniu to błogie uczucie. Chcę zjeżdżać na tyłku, ale jak? Po miękkim śniegu? W połowie góry spotykam pierwszych wchodzących za mną ludzi. Dyszą i stoją z wywieszonymi językami jak zziajane psy. Nie ważne czy młodzi, czy starsi. Pewna młoda dama, obsypana niechcący przeze mnie śniegiem, mówi: No dzięki. I wcale nie jest to ton żartobliwy. Z wyraźną zazdrością patrzy na mnie, spływającego jak potok na dół. Szkoda, że nie widziała mnie wcześniej w tym samym miejscu. Ktoś dopytuje, czy cała droga tak wygląda. Nie kłamię.

Wczorajszy wieczorny spacer po jeziorze 

Docieram na dno doliny, dopada mnie mgielny potwór. Idę po wodzie. Gdyby nie ścieżyna wydeptana przez środek jeziora na śniegu, to po omacku szukałbym schroniska a w nim mojej baterii. Wchodzę do kuchni dostępnej dla turystów, a ona sobie w gniazdku świeci na zielono. Nie zmęczyła się tutaj i najadła pysznych Voltów. W jadalni niewielu ludzi, pragnę białka, żeby się ratować przed zakwasami, ale mimo niewielkiego ruchu pani w bufecie beznamiętnym głosem oświadcza:

– Jajecznica jest na śniadanie, nie podajemy w porze obiadowej .

– Please! – Błagam prawie na kolanach.

– Mówię panu, że po godzinie dziesiątej nie podajemy.

To samo było przed miesiącem w schronisku chochołowskim. Wypada mi zrozumieć, że widocznie jest jakiś powód. No bo musi być. Ostatecznie nie jest tak źle. W towarzystwie kilku osób poznanych już dzień wcześniej zjadam szarlotkę, popijam kawą i schodzę na Palenicę Białczańską do obrażonego długim czekaniem samochodu.

Dzięki Bogu, że tak się stało. Wróciłem odbudowany i na nowo ufny w sens wysiłku, życia dla kogoś i dla czegoś. W zmaganiu się z sobą samym przyszła odpowiedź i nowy początek.

 

 

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.