Choćbym szedł przez Smutną Dolinę

Jeden z trzech, ten zielonoszary, 13 sierpnia wskoczył mi na plecy i stwierdził, że nie zejdzie dopóki nie dotknę szlaku. Średniej wielkości, najnowszy, dopasowany do moich potrzeb, wypełnił się po brzegi. O tej porze roku unikamy przeludnionych Tatr Polskich, dlatego wybraliśmy (dla nas dziewiczy), widziany dotąd tylko z Rakonia i z Wołowca, a zachwycający, zakątek Tatr Zachodnich po stronie słowackiej – Dolinę Rohacką, Smutną i cały łańcuch gór otaczający te dołki. Mogliśmy pójść odwrotnie, czyli zacząć od Doliny Smutnej ale stało się inaczej i zapewne tak miało być.

Nie rezerwując wcześniej miejsca w schronisku o jakże słowackiej nazwie: Tatliakowa Chata, mieliśmy przygotowane dwa scenariusze zależne od tego, czy zostaniemy tutaj na noc czy zejdziemy z gór do auta. Jedno miejsce wystarczy, bo zwykle śpimy razem, to znaczy on na podłodze (jemu nie trzeba wiele). Niebawem, uroczą ścieżką wśród dzwonków alpejskich, wierzbownic kiprzyc (zawsze gdy widzę je kwitnące przychodzi mi na myśl Hala Gąsienicowa) i innych ziół, wspinaliśmy się na Przełęcz Zabrat (nie mylić z Zawratem).

(Wierzbownica kiprzyca)

Za dwa dni święto – pomyślałem.


Legenda o zaśnięciu Matki 

Piętnastego sierpnia, na Matki Bożej Zielnej, Mnisi znad Morskiego Oka wraz z duszami tych, co zostali w górach, znoszą z pagórków i dolin wszystkie kwiaty i zioła, zerwane i porzucone wzdłuż szlaków przez  ludzi. Tego dnia o świcie cała morena pod limbą u Matki od Powrotów tonie w kwiatach i pachnie ziołami. Trwa to krótko, do czasu aż Bóg jednym podmuchem wiatru nachyli smreki i limby z przeciwległego brzegu, zanurzy w święconej wodzie jeziora i jak kropidłem skropi morenę, a obficie spływająca woda zabierze te boże roślinki do jeziora. Woda z tej strony nabiera niezwykłych barw nieba. Kto widział, ten wie. W tym akcie niektórzy przywołują zaśnięcie Matki i jej spotkanie z Ojcem. Świadkowie tego wczesnoporankowego zjawiska, czują się jakby dotknęli raju. Ulotna chwila, bo kwiaty i zioła odpływają wraz z wodą pędzącą Doliną Rybiego Potoku, wpadają do Białej Wody i dalej korytem Białki pędzą, by zabarwić Dunajec, Wisłę a na końcu Bałtyk. Tam zasypiają na wieki a Bóg, na pamiątkę, zabiera je z ciałem i duszą do nieba, gdzie zdobią niwy zielone. 

(15 sierpnia 2018)


Widok z przełęczy imponujący. Niebawem dotkniemy wierzchołków tych budzących respekt gór, majestatycznie wznoszących się nad Doliną Smutną. To zadanie na dzisiaj.

(Od lewej: Rakoń, Wołowiec, Jamnicka Przełęcz, Rohacz Ostry, Przełęcz Rohacka, Rohacz Płaczliwy a za plecakiem Dolina Smutna)  

A to plan na jutro – Rohackie Stawy:

(Na godz. 13 wśród wzgórz porośniętych kosodrzewiną Rohackie Stawy – na jutro)

Na Rakoniu strasznie wieje. Gdzieś tutaj za kilka godzin, pewnemu Rzeszowiakowi, współlokatorowi z Tatliakowej Chaty, wiatr zdmuchnie i porwie w przepaść czapkę i okulary. Kto poznał Tatry Zachodnie, ten zna moc wiatru na grani.

(W Dole Tetliakowa Chata (Rohacki bufet). Na wysokości stawu kończy się Dolina Rohacka (widać drogę dojścia do schroniska) a zaczyna Smutna)

Na szczęście im wyżej, tym spokojniej. Na Wołowcu wreszcie mogę nakarmić ciało i nasycić duszę.

(Widok z Wołowca w stronę Rakonia, bardziej na lewo słabo widoczny punkt to Zabrat, widoczna  ścieżka prowadząca na przełęcz z dna doliny)

Podziwiam rudziejące już zbocza gór. Ledwie zakwitło tutaj lato, a już barwią się jesienią.

(Na samym szczycie Wołowca)

Rohacze zupełnie nie pasują do Tatr Zachodnich. Mają urodę alpejską i sprawiają wrażenie jakby się urwały Tatrom Wysokim.

(Widok z Wołowca na Przełęcz Jamnicką i na Rohacze. Pierwszy (dwuwierzchołkowy) Rohacz Ostry. Ładnie widoczna Dolina Smutna, którą będziemy schodzili)

Są przepaściste i dość niebezpieczne. W ekstremalnych miejscach ubezpieczone łańcuchami. Choć nadużyciem jest porównywanie ich grani z Orlą Percią, prezentują się okazale i dostarczają adrenaliny. Na lewo i prawo cudowne widoki.

(Widok na Dolinę Jamnicką)

–  Lubimy ludzi, prawda? –  pytam mojego towarzysza i wykonuję kilka zdjęć. „Na szlaku czy w ogóle?” – jakbym usłyszał.

(Na łańcuchach na Rohaczu Ostrym)

(Ludzie na szczycie Rohacza Ostrego, a zdjęcie wykonane z Konia Rohackiego)

Niekorzystne światło do fotografowania wpływa na jakość zdjęć. Rohacz Ostry jest dwuwierzchołkowy, ten drugi wierzchołek zwie się Rohackim Koniem, o czym przypomniała mi w rozmowie doścignięta przed Przełęczą Rohacką para Poznaniaków w wieku studenckim.

(Na godzinie 7 Przełęcz Rohacka po przekątnej Smutna)

Zanim zaczęliśmy się wspinać na Rohacz Płaczliwy, wywiązała się rozmowa i rychło okazało się, że coś i Ktoś nas łączy.
– Mam znajomego w Poznaniu, dominikanina.
– Tak? Jak się nazywa?
– Michał
– Ojciec Michał? Znamy!
– O! Czyżbyście byli związani z dominikanami?
Gdy zdradziłem źródło znajomości, czyli MOKO i opowiedziałem o spotkaniach, młodzi ożywili się. Słuchali z zaciekawieniem. Radosna, podekscytowana tym szlakiem i jeszcze opływająca adrenaliną z Rohacza Ostrego dziewczyna twierdziła, że nawet czytała coś na blogu MOKO. Rozmawialiśmy o życiu. Góry otwierają ludzi, zresztą sam nie próbuję się tutaj zamykać. Młodzi byli zainteresowani spotkaniami w Morskim Oku. Pytali nawet o termin tegorocznego. Zerknąłem w dół z wieńczącej rohacki szlak Smutnej Przełęczy, widziałem skąpaną w słońcu a jednak cichą i Smutną Dolinę.  Nią zejdziemy.

Poznaniacy przebywali w schronisku chochołowskim, pierwotnie zamierzali wracać tą samą drogą, którą przyszli, czyli przez Rohacze, Wołowiec i dalej, ale po konsultacji doszli do wniosku, że zaryzykują, i zamiast wracać sześć (jak sobie obliczyli)  godzin, a było już bodaj koło piętnastej, zejdą do Rohackiej Doliny i może tam złapią jakiś transport do Chochołowa. Zasugerowałem, aby to dobrze przemyśleli, ale gdy zobaczyłem, że są pogodzeni z tą decyzją, więcej o tym nie wspominałem. Mój towarzysz w ogóle niezainteresowany tym wszystkim zachowywał neutralność, więc na myśl przyszła mi Matka od Powrotów. Poleciłem Poznaniaków Jej opiece. Ponadto wiedziałem, że gdyby zadzwonili do mnie, to w razie niekorzystnego zbiegu okoliczności mógłbym i ja pomóc, wszak mój samochód stał jakieś 50 minut od schroniska. Mógłbym zejść i zawieźć ich do granicy. Wzięli mój numer telefonu (szkoda, że nie poprosiłem aby dali znać jak wrócili) i ruszyliśmy dalej w dół. Świetnie się rozmawiało. Jej tata pewnie będzie dumny (Tato, masz dzielną córkę, opowiadała mi o Rusinowej Polanie). Rozmowę na chwilę przerwał świstak, który wybiegł wprost spod nóg, by po chwili zniknąć wśród piargów. Na tle pierwszych zielonych tu jeszcze traw pokazała się pięknie, rudo wybarwiona kozica. Nie spłoszyliśmy jej. Zapewne gdzieś w pobliżu jest stado. A właśnie mi tego brakowało…

Brak mi tu szmeru strumyka
Kozic przy szlaku mi brak
Smutno tu jakoś w dolinie
I jakoś tak mi nijak

W końcu rozdzieliliśmy się. Musiałem odpocząć a oni nie powinni. No i kawa… Mój towarzysz mało nie obraził się na mnie. Planowaliśmy na przełęczy kawę. Wszystko było: butla, garnuszek, woda i kawa, a nawet kostki cukru. Zabrakło tylko ognia. Na szczęście po kilkunastu minutach pojawił się na szlaku Słowak z zapalniczką. Pijąc kawę uzmysłowiłem sobie możliwą bolesną prawdę: przecież wokół schroniska może nie być zasięgu. Jeżeli będą mieli problemy z dotarciem ze Słowacji do Polski (ok. 35 km.) i bedą potrzebowali pomocy, to mogę się o tym nie dowiedzieć. Tak zepsułem sobie humor. Cały wieczór starałem się znaleźć zasięg ale bezskutecznie. – „Czemu się martwisz? Czy nie westchnąłeś do Matki?  Ona zaniesie Twoją troskę Panu” – jakbym słyszał, jakbym zapomniał. Poczułem zapach psalmów: Choćbym szedł przez Smutną Dolinę zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.

Jestem spokojny, że wrócili, kto wie (?) może i z przygodami, ale tym lepiej zapamiętają wyprawę. Zasnęliśmy koło godziny 22 i spaliśmy do 7 godziny we wtorek przed Świętem Wniebowzięcia.

(Rohacz przy wodopoju – Stawy Rohackie)

Rankiem ruszyliśmy delektować się szczegółami wśród Rohackich Stawów i zawierać przyjaźnie z jarzębinami, mchami, kaczkami i ławkami…

Mój towarzysz nie pomagał mi, nawet nie miał kto zrobić mi zdjęcia, ale od czego jest samowyzwalacz? Nie zawsze zdążyłem się ustawić

– O czym myślisz? – zapytał plecak.
– Cii… – szepnął człowiek.
– Weź karimatę i zdrzemnij się, dobrze ci zrobi…
– Weź przestań.
– Jak chcesz.
Człowiek odpłynął wzrokiem na przeciwległy brzeg, zanurzył myśli w trawie… Plecak rzucił kotwicę, znieruchomiał, spuścił szelki, oparł plecy na okrąglaku, wsparł głowę na krawędzi belki i zasnął. Zbudził go głos człowieka:
– Wstawaj, plecaku!
– Nie mogę, nie chcę.
– Jak to…?
– Chcę tu złożyć swoje kości.
Człowiek wbrew jego woli złapał bezduszny przedmiot za szelki – ręce i zarzucił na plecy jak rannego w boju towarzysza broni.
– Ałł… – jęknął plecak, ale nie protestował .
– Co ty masz w sobie takiego, że tyle ważysz?
– Tylko to, tylko tyle, ile sobie zadałeś, człowieku  🙂

(Wyżni Staw Rohacki, w głębi Wołowiec)

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.