Płacz Francuzów

Jeszcze nie ucichł, jeszcze się niósł po górach płacz Francuzów, gdy my zaczęliśmy płakać…

Po czasie, gdy intensywne obrazy i barwy ostatniego spotkania nad Morskim Okiem wyblakły i trafiły na wspomnieniową półkę, warto powrócić do słowa, Słowa, które osiadło pośród miedzianych kamieni na krystalicznej płyciźnie jeziora, abyśmy mogli do niego powrócić i pozwolić przeniknąć w głąb naszego serca. To Słowo i przemyślenia podarował nam sobotni październikowy, należący już do niedzielnej liturgii, wieczór. 

Ksiądz Krzysztof Nowrot na końcu homilii wyraził życzenie:

Pragnę, żebyśmy stąd nie wyjechali tylko z tym przeświadczeniem, że pięknie przeżyliśmy Eucharystię, że nam smakowała szarlotka, że oto dialog zamknął się w kilku godzinach tego spotkania schroniskowego i czekamy do następnego. Bardzo bym chciał, żeby ta narracja ewangeliczna, która opisuje świat, w którym żyjemy, przemawiała dużo mocniej niż te wszystkie wątki, które my do niej dokładamy. Bardzo bym chciał, żebyśmy jako owoc tego spotkania wynieśli stąd wiarę w to, że skoro tutaj potrafimy ze sobą zgodnie funkcjonować – w przestrzeni Bożej, to nic innego nam nie pozostaje, jak po prostu przenieść to do naszej codzienności. Ufam, że ten wpis w naszej przestrzeni obfitujący w cytaty, będzie  kontynuacją tej wspomnianej narracji.

Płonąca katedra

Ks. Krzysztof Nowrot, w homilii wygłoszonej w czasie sobotniej wieczornej Ofiary Eucharystycznej przypomniał nam płonącą przed dwoma laty katedrę Notre-Dame. Mówił, że w tamtym czasie poczucie straty towarzyszyło nie tylko ludziom wierzącym, ale też tym, którzy podświadomie traktowali wiarę jako cenną dla siebie pomoc. Ksiądz Krzysztof, orędownik duchowości bł. Piera Giorgio Frassatiego, powołując się na myśl ks. Mirosława Tykfera z Poznania, mówił, że płacz Francuzów nad płonącą paryską katedrą wskazywał nie tylko na ich przywiązanie do symbolu Francji, ale też na tęsknotę za pewną opowieścią o świecie, która wyrasta z Kościoła, z Ewangelii – oto znikało na ich oczach to, co wyjaśniało im świat, pozwalało znajdować odpowiedzi na pytania o życie. Jak się ma tamto doświadczenie do naszego – polskiego? Czy można go porównać z płaczem, który dzisiaj słychać w niektórych środowiskach polskiego Kościoła?

Na naszym spotkaniu, pojawił się m.in. Jarek, człowiek z Warszawy, z którym poznaliśmy się przy herbacie i szarlotce – symbolu gościnności i życzliwości zarządzającej schroniskiem pani Marii Łapińskiej. Jarek trafił przypadkiem na wspólnotę Matki od Powrotów i, mimo że miał inne plany, pozostał w schronisku przy Stole Eucharystycznym, a później przy biesiadnym i nocował na podłodze schroniskowego korytarza. Jak można było wywnioskować z rozmowy, ujęła go otwartość, wspólnota, piękno oprawy liturgicznej i życzliwość. Ktoś widzący taką powierzchowność (bo wnętrze zna tylko Bóg), nie dopuściłby myśli o złej kondycji polskiego Kościoła i napięciach wewnątrz. Przy szarlotce, z sympatycznym Warszawiakiem rozmawialiśmy o jego rodzinie, o górach  i życiu. Odgrażał się, że za rok wróci tutaj z rodziną.

Dlaczego ks. Krzysztof mówił o nostalgii za opowieścią ewangeliczną opisującą świat, ważną nawet dla tych, którzy nie wierzą? Bo coraz więcej, wprost masowo, ubywa nas we wspólnocie Kościoła. Coraz więcej ludzi skazuje się na duchową samotność.

O tej samotności mówi papież Franciszek, który uświadamia nam, że jest ona największym ubóstwem człowieka.

Człowiek ma podświadomość religijną, przedzałożenia, które – jak mówił ks. Krzysztof – nosi w sobie. Niezależnie od tego, jaka jest nasza więź z Kościołem, Ewangelia pozostaje punktem odniesienia, ona dla człowieka jest i zawsze będzie dziełem ważnym. Kiedy nam się ją zabiera, kiedy coś tracimy, to ta nostalgia budzi się w nas automatycznie, bo tracimy coś, co nam wyjaśnia życie (…). Katedra Notre-Dame była na wyciągnięcie ręki, lecz tylko niewielu zagłębiało się w niej i szukało Stołu Eucharystycznego. Gdy jednak trawił ją ogień, ci sami, którzy dotychczas ją omijali, płakali, bo jednak podświadomie traktowali tę monumentalną świątynię jak swoją, bo czuli, że tam jest skarbiec prawdy wyjaśniającej życie.

Rozumiem – omijali katedrę, ale ciągle pulsowała w nich myśl, że zawsze mają gdzie wrócić, jak do rodzinnego domu, że ona – jak to dom – zawsze będzie stała dla nich otworem.

Jeśli Francuzi noszą nostalgię za opowieścią ewangeliczną, która wyjaśnia im ich wątpliwości i dylematy, jeśli nam, w naszym tak bardzo podzielonym polskim świecie, Ewangelia odpowiada na te wątki, które są trudne, to znaczy, że Słowo Boże może stać się gruntem, na którym będziemy w stanie wejść w dialog z każdym, niezależnie od tego, czy on w Kościele jest czy go nie ma. 

Jeśli podświadomość religijna jest w każdym z nas, jeżeli Ewangelia odpowiada na te wątki, które są trudne, to możemy z Ewangelią dotrzeć nawet do tych, których dotąd traktowaliśmy z różnych przyczyn, jako wrogów czy przeciwników...

(pomyślałem o imigrantach na granicy z Białorusią, modliliśmy się w modlitwie wiernych o to, „żeby jeszcze dzisiaj znaleźli bezpieczne miejsce…”)

Słuchając tych przemyśleń, zastanawiałem się jaki jest kontekst i z czego wyrosły. Do czego zmierza ks. Krzysztof…?  Oto Ewangelia tego dnia:

Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, podeszli do Jezusa i rzekli: „Nauczycielu, pragniemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy”.
On ich zapytał: „Co chcecie, żebym wam uczynił?”
Rzekli Mu: „Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie”.
Jezus im odparł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?”
Odpowiedzieli Mu: „Możemy”.
Lecz Jezus rzekł do nich: „Kielich, który Ja mam pić, wprawdzie pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane”.
Gdy usłyszało to dziesięciu pozostałych, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich:
„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu” (Mk 10, 35-45)

Ksiądz Krzysztof, który przywiózł ze sobą rzesze młodych Ciemnych Typów, podzielił się ich wspólnym doświadczeniem:

Ewangelia to jest pewne posłanie, które zostało nam powierzone, aby nieść je dalej. Młodzi z naszej wspólnoty wracają jednak z pytaniem, dlaczego nam to nie wychodzi. Dlaczego nie przynosi żadnych owoców?   Przyczyną być może jest to, że występujemy z pozycji wyższości, jako ci, którzy GŁOSZĄ. Jezus w dzisiejszej Ewangelii rozmawia z uczniami, którzy czują się wyróżnieni, bo idą blisko Niego, po prawej lub po lewej Jego stronie. Jeśli wyjdą i będą nauczali z tej pozycji, z pozycji odrealnienia i w pretensjonalnym tonie, to ich głoszenie będzie zawsze z wysokości pierwszego piętra. Wrócą z przykrym doświadczeniem, z poczuciem zignorowania i odrzucenia, czując się prześladowanymi. Wówczas cierpienie stanie się ich udziałem. Jezus nie skupia się na tym cierpieniu, które może przyjść z zewnątrz, Jezus przestrzega nas przed cierpieniem, jakie zadajemy sobie sami, jakie ściągamy na siebie. Ludzi, do których się wychodzi trzeba najpierw wysłuchać, zanim sami coś powiemy, poznać, zanim im coś zaoferujemy, zrozumieć ich potrzeby. Tymczasem my przychodzimy i chcemy dać im odpowiedź na ich problemy, nie znając ich. To cierpienie pojawia się wtedy, gdy pojawia się pycha: ja jestem uczniem Chrystusa, mógłbym siedzieć po lewej albo prawej jego stronie, a oni mnie odrzucają, lekceważą…

Na koniec ks. Krzysztof przytoczył niezwykle wymowną, w kontekście napięć w naszym Kościele, historię, która miała miejsce kilka dni wcześniej:

Ksiądz arcybiskup zaprosił przedstawicieli parafii, chcąc w ich obecności zainicjować drogę synodalną i rozpocząć dyskusję na temat Kościoła, na spotkanie w ramach Rady Duszpasterskiej. W czasie dwugodzinnego spotkania on sam przemawiał ponad godzinę. Pięknie mówił o tym, czym jest synod, przybliżając ideę papieża Franciszka. Arcybiskup mówił na poziomie pewnej doniosłości, z poziomu wysoko zawieszonej ambony, a potem w zgodzie z tym, do czego ten synod został powołany zaproponował, aby ci, którzy są jego częścią również zabrali głos i przedstawili sprawy, które są dla nich ważne. Wystarczyło dwóch mężczyzn, którzy opowiedzieli o rzeczywistości swoich parafii – jeden o tym, jak przed pogrzebem został potraktowany przez proboszcza, a drugi o popadającej w ruinę świątyni – by poziom dyskusji natychmiast spadł o dwa piętra. Obecni tam duchowni z zakłopotaniem patrzyli w podłogę. Arcybiskup podsumował wszystko takim oto zdaniem: „Wypracowujemy w Kościele pewne dokumenty, mamy pewne strategie działania, zalecenia, jak ten Kościół powinien żyć… Gdy osiągamy w tym pewien poziom i wydaje się nam, że ten Kościół się rozwija, nagle dochodzimy do momentu, gdzie uświadamiamy sobie, że brakuje nam zwyczajnej kultury osobistej”, która kto wie, czy dzisiaj nie wydaje się być największym wyzwaniem uczniów Chrystusa (…). 

Jeżeli Pan jest źródłem tej nadziei… 

Ewangelia jest największym przesłaniem, jakie niesiemy. Mam głębokie przekonanie, że w niej każdy znajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdyby tak nie było, to byśmy się tu regularnie nie spotykali. Gdybyśmy z Ewangelią chcieli wyjść do drugiego człowieka, niezależnie od jego światopoglądu, bylibyśmy mu w stanie w niejednej kwestii pomóc, ale nie możemy tego robić z pozycji pierwszego piętra. Nie możemy tego robić, zakładając, że my wiemy lepiej niż on! Nie możemy tego robić, nie poznając wpierw jego potrzeb życiowych, tego ludzkiego, życiowego kontekstu. Kultura osobista na tym polega – a to jest miłość bliźniego – że pozwalam drugiemu człowiekowi dojść do głosu i wybrzmieć jego życiowemu świadectwu, a w tym świadectwie nie odrzucam tego, co według mnie jest negatywne, a odkrywam to, co swoje źródło ma w Bogu.

Bardzo bym chciał, żebyśmy jako owoc tego spotkania wynieśli stąd wiarę w to, że skoro tutaj potrafimy ze sobą tak funkcjonować, w przestrzeni Bożej, to nic innego nam nie pozostaje jak po prostu przenieść to do naszej codzienności, w której – tak samo jak tutaj – nie wiemy z kim się spotykamy. Nie wiemy jak on się nazywa, ale staje się on nam bliski przez to, że uczestniczy w tym samym. Chociaż katedra płonęła i wielu Francuzów płakało, to dzisiaj ta katedra poddawana jest dziełu odbudowy. Chociaż Kościół w wielu momentach boryka się z problemami, to jednak ten Kościół żyje, lecz nieustająco wymaga odbudowy. Jeżeli Pan jest źródłem tej nadziei, jeśli On nam ją daje, to chodzi też o to, żebyśmy tę nadzieję przekuwali w konkretną pracę, w konkretne staranie… Żebyśmy nie ustawali i nie widzieli wrogów tam, gdzie ich po prostu nie ma.

Zdjęcia z październikowego spotkania u Matki można oglądać TUTAJ:

https://kapliczka.matkaodpowrotow.pl/?galeria

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.