Czy można zawdzięczać życie kamieniowi?

Mam mocne przeświadczenie, że wiele zawdzięczam kamieniowi, który wyhamował mnie, gdy bezwładnie zjeżdżałem po śniegu w przepaść…Nie mam za to wątpliwości kto go postawił na mojej drodze.

Przechodząc, zajrzałem na chwilę do Ciebie.
Urocza jest twoja kapliczka.
Zamieniliśmy kilka słów,
Pamiętasz?
Poczęstowałaś mnie rosą poranka.
Drzemiącemu w jeziorze mnichowi szepnęłaś słowo,
Pobłogosławił mnie.
Kaczej – szczęśliwej rodzinie – w błękitnym niebie jeziora
Rzuciłaś kilka paciorków różańca.
Odprowadziłaś mnie wzrokiem,
Gdy zanurzałem się w ziewający jeszcze szlak
Wiedziałem, że nie będzie łatwo.
Czerwcowe, podstępne zbocza starych, ciągle dumnych Rysów,

Zmarszczki wypełnione śniegiem…
Nie zabrałem raków…
Na Rysach – o tej porze dnia – małoludnych
Odprawiłem śpiew uwielbienia.
Mój prywatny gospel, spontaniczny, niczym nieograniczony,
Na wskroś uzasadniony.
Może niestrawny dla ludzi, ale Bogu – mam nadzieję – miły
On wie, co czułem, a że tak to wyraziłem…

Po dwugodzinnym pobycie w niebie
I przeniesieniu kilku kamieni ze słowackiego wierzchołka na polski
Nie naprzykrzając się Bogu
Zacząłem tą samą drogą wracać w objęcia gościnnego schroniska.
Teleobiektywem mej bujnej wyobraźni
Dostrzegłem uroczy, ludzki naszyjnik na szyi Morskiego Oka.
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak jest,
Ale zawsze po zdobyciu szczytu spieszy mi się na dół…
Do świata, od którego nierzadko uciekam.

Krew na rękach

Spływając po łańcuchach Grzędy błyskawicznie osiągam pierwszy – teraz już lśniący w słońcu – język śniegu.
Dalej, niesiony fantazją ułana, postanawiam jechać, a nie iść.
Krótka konsultacja z kijkami, z obuwiem i z rozsądkiem, tylko pozornie obecnym
(Ostatnio na butach zjeżdżałem po śniegu w dzieciństwie,
czterdzieści lat wstecz.
I nie z Rysów, lecz z wierzchołka ziemnej piwnicy warzywnej
w okolicach Ojcowa i Pieskowej Skały)
Ruszam, lekko odpychając się kijkami.
Po chwili już sunę.
Nagle tracę równowagę.
Podrywa mnie, upadam i zsuwam się dość szybko po śniegu
Ratuję się jednak. Nie jest niebezpiecznie.
Tylko tyłek mokry, ale jest upalnie,
Kilkusetmetrowy odcinek wzdłuż szlaku pokonuję w mig!
Po chwili staję na progu kolejnego płatu śniegu, kuszącego toru zjazdowego
Bolą mnie piszczele…
Ale bilans zysków i strat jest na korzyść zysków.
Jadę, jadę,
Upadam, wstaję,
Jadę, jadę,
Znowu mnie podrywa, ledwie wstaję,
Ale po to tylko, by znów upaść, wstać i jechać aż do końca języka śnieżnego.
Odpoczywam.
Ci, którzy schodzili razem ze mną zostali dwa języki z tyłu.

Mam przewagę kilkunastu, a może kilkudziesięciu minut marszu!
Ha, ha. Widzę z tyłu małe punkciki.
Schodząc, mijam Bulę pod Rysami.
Tymczasem przede mną kolejny płacik, języczek niewinnego śniegu.
Wprawdzie nieco bardziej stromy i zwężający się ku końcowi, ale jak oprzeć się pokusie?
Tym bardziej, że tam, w schronisku niecierpliwy kufel wierci się pod podajnikiem.
A głowa pełna piany.
Skaleczony przypadkiem piszczel uzdrawiam kryształkami śniegu
(Skuteczna terapia!)
I butom rozkazuję: w drogę!
Ruszam…
Jadę, jadę, podrywa mnie,
Wstaję, znowu upadam, lecz tym razem … nie potrafię wstać!
Z przerażeniem odkrywam, że jadę… bezwładnie!
Usiłuję się zatrzymać.
Nie mogę.
Pędzę w dół.
Ale nie na butach,
Na szybszym od butów – plecaku.
Hamulce – rękojeści kijków – nie działają,
Pędzę coraz szybciej,
Wiele myśli pojawia się w głowie,
Lecz nie ma w nich modlitwy a jedynie szybkie pomysły – co robić?
Dobrze, że wcześniej pomyślałem o Matce!
Tylko… czy ja byłem u tej od szczęśliwych, czy od szybkich powrotów?
Nie wiem, czy to skały do mnie, czy ja do skał,
Ale niebezpiecznie szybko zbliżamy się do siebie.
Dłonie krwawią od kryształków lodu.
Przede mną – spod śniegu – wyrasta kamień.
Pędzę wprost na niego. Mam takie myśli:
Boże! Oby to był kamień, bo jeżeli to wystający wierzchołek skały, to już po mnie.
Jeżeli kamień, to może go strącę nogami.
Język śniegu zwężający się ku dołowi, a za nim piarżysko.
Jeżeli w nie wpadnę, to potargam sobie spodnie albo się zabiję.
Prostuję nogi na spotkanie ze skałą lub kamieniem,
Strącam go.
Boże, dzięki Ci!
To tylko (jak później oceniam) kilkunastokilogramowy kamień.
Widzę jak wylatuje w powietrze.
Zmieniam nieco tor zjazdu
Zbliżam się do skały – tarasu widokowego na Czarny Staw,
Jeżeli mnie weźmie na ząb –
Już po mnie.
Rękojeścią kijków, ostatkiem sił hamuję, zatapiam dłonie w kaszowatym śniegu.
Ach, jak boli! Ale cudem zatrzymuję się.
W ostatniej chwili przed urwistym, usianym piargami i ostrymi skałami, żlebem.
Jeszcze trzeba wstać i nie dać się poderwać.
Zejść z trasy szybkiego ruchu i sprawdzić, czy na pewno żyję.

(To zdjęcie wykonałem miesiąc wcześniej, gdy góry były jeszcze znacznie zaśnieżone)
Bolące, ociekające krwią dłonie, walące serce i drżące jak galareta nogi
Świadczą o ziemskim i ludzkim charakterze miejsca mojego aktualnego pobytu
I o stanie ciała, które ducha wyprzedziło.
Dłonie krwawią.
Jeszcze chwila, aby dojść do siebie. Duch wraca do ciała.
Strumykiem – ścieżyną świadom i nieświadom tego co się stało i co stać się mogło
Płynę w dół.

 

(Tak wyglądał tego dnia szlak w stronę Rysów, widać języki śniegu a wśród nich ten ostatni, na którym o mało nie zginąłem)
Ląduję na brzegu Czarnego Stawu a niebawem
Wtapiam się w ludzki naszyjnik na brzegu Morskiego Oka,
By po chwili wynurzyć się i stanąć na cypelku pod limbą, pod kapliczką, przed Matką.

Dziękuję – to pierwsze, co mi się ciśnie na usta.
Gadam coś od rzeczy. Ledwie stoję, już nie mogę ustać.
Siadam na głazie – ołtarzu,
Skruszony jak szkło w maryjnym witrażu
Nie patrzę na Nią, nie mogę Jej spojrzeć w oczy…
– Myślałam, że już zmądrzałeś Adamie. Życie ci niemiłe?
– Matko, nie wiem co mnie skusiło, o mało się nie zabiłem.
– Wędrowcze, podejdź no tu, pamiętaj,
ja jestem od szczęśliwych, a nie od szybkich powrotów.
Dziękuj Bogu, za kamień, który położył na śniegu
Nieroztropny, szalony człowieku.
Skruszony szedłem ze zwieszoną głową, ale z sercem pełnym wdzięczności
Jakbym się narodził na nowo, do miłości.
W takich okolicznościach związałem się z Matką od Szczęśliwych Powrotów.
Przez Jej ręce Bóg dał mi nowe życie, szlak z którego nie ma już odwrotu

Widok na Rysy Niżne, Morskie Oko i Czarny Staw

Język śniegu schodzący do Czarnego Stawu

Zatrzymałem się po prawej stronie (widocznego w centrum zdjęcia) zęba skalnego. Wprawdzie z tego ujęcia tego nie widać, ale poniżej jest zdradliwe piarżysko. To zdjęcie wykonałem wcześniej, w drodze na Rysy 

Widok na Morskie Oko z Buli pod Rysami

 

Dodaj komentarz