CIEMNE TYPY w MORSKIM OKU

Miejsce zanurzone w niebie, ale zakorzenione w Ziemi. Tutaj przeplatają się szczęścia z nieszczęściami, a szlaki i podłoga schroniska usłane są ciężarem ludzkich spraw i myśli, z którymi niejeden człowiek bije się w tym miejscu. W tej ciszy. W tym gwarze. Stąd wyruszają akcje ratunkowe w Tatry i tutaj są znoszone ofiary gór. Schronisko ma wielorakie znaczenie i spełnia kluczową rolę w ruchu turystycznym. Przy tym jest łaskawe dla każdego, kto przekroczy jego próg. Tutaj zjeżdża cały świat.

Pani Maria Łapińska – prowadząca Schronisko Morskie Oko – gościła w swoich progach Papieża Jana Pawła II, premierów, ministrów, prezydentów a nawet książąt, postaci ze świata sztuki, biznesu i polityki. Osoby z pierwszych stron gazet i zwykłych śmiertelników – świętych, mniej świętych i takich, których surowo oceniła historia. Każdy człowiek jest tutaj mile widziany. Dzisiaj korzystamy z tej gościnności my – zgromadzeni na dorocznym spotkaniu ku czci Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów. I wśród nas nie brakuje Ciemnych Typów, których przez lata wielu przewinęło się przez Morskie Oko.

W tym szczególnym schronisku przychodzi mi na myśl skojarzenie z Królestwem Niebieskim i Miłosiernym Bogiem, który nie odmawia miejsca nikomu, kto pragnie do Niego przyjść. Nikomu! O czym zaświadczył na Golgocie.

Bywając w Morskim Oku zastanawiałem się nie raz, czyją jest własnością. Pani Maria wreszcie mi to wyjaśniła:

Schronisko zostało wybudowane w latach 1907/1908 przez Polskie Towarzystwo Tatrzańskie (PTT). W 1950 r. PTT połączyło się z Polskim Towarzystwem Krajoznawczym, w wyniku czego powstało Polskie Towarzystwo Turystyczno – Krajoznawcze (PTTK) – schroniska tatrzańskie przeszły wtedy pod jego zarząd.

Fot. Artur Kaszowski

Po sobotniej mszy św., która zawsze jest odprawiana na sali głównej schroniska, wsłuchani w opowieść pani Marii Łapińskiej poznajemy historię tego niezwykłego miejsca, którą tworzą nie wszystkim znani, konkretni i niedoceniani ludzie. Ród Łapińskich związał się z Morskim Okiem na dobre i na złe. Od kilkudziesięciu lat kolejne pokolenia pracują tutaj niemal 24 godziny na dobę.

Trzeciego czerwca 1997 roku pojawili się u nas policjanci na motorach – mówi pani Maria. Moja wnuczka ma nawet zdjęcie z nimi. Dzień później przyjechał nieznany mi ksiądz i dziwnie o wszystko wypytywał. Na koniec powiedział, że jeżeli zadbam o to, żeby jutro było jak najmniej ludzi, to czeka mnie miła niespodzianka. W tamtych latach po godzinie piętnastej nad Morskim Okiem zwykle było już pusto (aż westchnąłem!), więc zapewniłam go, że się postaram. Nazajutrz na kamienny dziedziniec zajechała limuzyna papieska. Ku mojemu ogromnemu wzruszeniu próg schroniska i mojego gabinetu przekroczył sam Jan Paweł II. Nawet wpisał się do księgi pamiątkowej. Podarowałam papieżowi Litworówkę własnej roboty i album ze zdjęciami z Morskiego Oka. Pytał o moich teściów. Pamiętał. Niestety nie doczekali tej chwili. Zamyślił się. Jestem przekonana, że będzie pamiętał w modlitwie. Byli mi bliscy, to oni uczyli mnie szacunku do różnego pokroju ludzi. Tutaj trzeba wszystkim okazywać gościnność, również tym, z którymi ma się nienajlepsze skojarzenia. Zresztą nikt nas nie upoważnił do osądzania. A w niebie będzie pewnie jak w Morskim Oku – zdziwimy się kogo zobaczymy… (śmiech).

Proszę spojrzeć – mówi pani Maria, pokazując kolejne zdjęcie – tutaj jest Cyrankiewicz i cała jego świta, a tutaj, na kolejnym zdjęciu, w naszym gabinecie Raul Castro z małżonką, mój mąż i nasze dziecko. Tak im się spodobała nasza córka, że chcieli ją adoptować (śmiech).

Pani Maria ze wzruszeniem przegląda kolejne strony jednej z wielu ksiąg pamiątkowych i albumów fotograficznych – wspomina:

Pamiętam pierwsze nasze spotkanie – przyjechał tu zaraz po śmierci mojego męża Wojciecha, który odszedł bardzo wcześnie i zostawił mnie z całym tym ambarasem. Byłam zbuntowana. Pełna bólu. W pewnej chwili wyrzuciłam to z siebie, powiedziałam do Franciszka Macharskiego, że nie wierzę w Boga, który zabrał takiego młodego i dobrego człowieka. Biedne dzieci zostały bez ojca… Ja z nimi i z tym schroniskiem… Pamiętam to jak dziś. A on mi tłumaczył, mówił o ogródku, o pięknych kwiatach, które zrywamy wtedy gdy są najpiękniejsze…

jutro będzie poranek
jutro na nowo wstanę
od nowa zacznę życie
pocznę się – jak dzień – o świcie
założę buty, znowu ruszę w drogę
Bogu podziękuję, że wstałem i że iść mogę
nadstawię ucha, by ten kolejny poranek
szepnął mi, co mam na dzisiaj zadane

a jeśli kiedyś oczu nie otworzę
bo zakryjesz przede mną świt, zorze
to uchyl nieba i buty te same
załóż mi na ostatnią drogę. Amen

… a w kontekście mojej roli jako kierownika schroniska, dzielił się swoimi problemami. Jako następca Karola Wojtyły na urzędzie metropolity przeżywał to samo! Rozumiał mnie. Razem mieliśmy tyle nierozpoznanych problemów i zagadnień… Mówiłam mu jak mnie to przeraża: ogrom pracy, wprost kosmiczni goście. Przypomniałam sobie wizytę generałów Układu Warszawskiego i innych nietypowych przybyszy, wobec których nie wiadomo jak się zachować. Przyjeżdżali tu ludzie ze służb, lustrowali mój gabinet, węszyli, kiedyś sprawdzali żyrandol czy dobrze jest zamocowany. Wszystko to mnie przerażało a księdzu kardynałowi nie było obce. Pocieszał mnie. Innym razem gdy go tu gościłam, właśnie zniesiono z gór nieszczęśnika. Już nie żył. Kardynał udzielił mu sakramentu namaszczenia. Ostatnie spotkanie z Macharskim miało miejsce rok przed jego śmiercią. Zobaczyłam go z okna. O własnych siłach już nie był w stanie wejść do schroniska. Kardynał z trudem wysiadł z samochodu z pomocą swojego bratanka i dwóch sióstr zakonnych. Siedzieliśmy tu przy stole i wspominaliśmy dawne czasy. Trzymał mnie za rękę. Poczęstowałam go szarlotką. Ale się uśmiałam: kardynał zjadł zaledwie połowę a te poczciwe siostry resztę – żeby się nie zmarnowało. To takie wzruszające. Miał wokół siebie dobrych ludzi, zasłużył na to. Darzyłam go olbrzymim zaufaniem, był dla mnie autorytetem. Fizycznie już go nie ma ale duchowo… W moim sercu – na zawsze.

Kiedyś zjechał tu premier Leszek Miller. Przyjechał na śniadanie sylwestrowe. Był bardzo miły dla całej mojej ekipy. A prezydent Lecz Wałęsa, który w Zakopanem uczył się jazdy na nartach, do schroniska przyjechał wraz z rodziną w celach rekreacyjnych – proszę spojrzeć.

Gościliśmy także prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego z małżonką

Innym razem dostaliśmy informację, że do Morskiego Oka zawita prawdziwy książę. Moje wnuczki bidulki czekały w napięciu – zobaczą prawdziwego księcia z bajki. Jakież było ich rozczarowanie gdy zobaczyły… księcia Karola. A on wpisał się do księgi, wypił (niejeden) kieliszeczek Litworówki i nie mógł się nachwalić tego trunku.

Był tutaj Edmund Hillary, pierwszy zdobywca Mount Everest i Marek Kamiński – słynny podróżnik, a Karol Modzelewski, kiedy wyszedł z więzienia, pierwsze kroki skierował do Morskiego Oka… Wolność kojarzyła mu się właśnie z Morskim Okiem, tu czuł się wolny.

Przychodzi tutaj wielu szlachetnych i mniej szlachetnych, nieznanych szerzej ludzi. Wszyscy oni są mile widziani. Ciągną się za nimi różne historie, ale moim celem jest jak najlepsze przyjęcie ich. To jest ogromna rzesza ludzi. W sezonie bywa tutaj w jednym dniu nawet kilkanaście tysięcy osób. Nie sposób jest zaspokoić wszystkich ich potrzeb. Ale robimy co możemy.

Niezwykle barwnej opowieści pani Marii przysłuchuje się kilku Ciemnych Typów. Będzie rozróba? Co to za ludzie? Skąd się tu wzięli? Okazuje się, że są z Rybnika. Reprezentuje ich najciemniejszy z nich – ksiądz Krzysztof Nowrot, a „za nim stoi” św. Pier Giorgio Frassati.

 

Fot. Artur Kaszowski

Po co tu przyjechali? Dlaczego? Bo to jest naturalne środowisko założyciela Ciemnych Typów – młodzieńca Frassatiego. Bóg, człowiek i góry – to jego pasja. Po powrocie do domu w mojej głowie pojawią się skojarzenia z opowieścią pani Marii Łapińskiej. Jakie? Boskie. Jutro niedziela. Msza św. na cypelku pod limbą, pod kapliczką Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów.

Ksiądz Krzysztof wygłosi świetną naukę. A kto chce dowiedzieć się więcej – zapraszam na stronę Towarzystwa Ciemnych Typów:

frassatiwrybniku.pl

Czesław Łapiński – późniejszy teść pani Marii – po raz pierwszy przyjechał w Tatry w 1927 roku do wujka – leśniczego mieszkającego na Wierch Porońcu i tak się wówczas zachwycił Morskim Okiem, że w ubraniu wszedł do jeziora. Od tego momentu rozpoczęła się jego przygoda z Tatrami. Powiedział do wuja, że jest tak pięknie, że chciałby tu zostać na zawsze. 

Najtrudniejszą drogą wspinaczkową biegnącą ścianą północno-wschodnią, zwaną również wschodnią, widoczną najlepiej od strony Morskiego Oka jest droga wyznaczona w 1942 r. przez Czesława Łapińskiego i Kazimierza Paszuchę. W czasie II wojny światowej w Roztoce i Morskim Oku stacjonowały oddziały niemieckie. W 1940 r. Niemcy podczas wytyczania wariantu R zawiesili, na widocznej od strony Morskiego Oka ścianie Mnicha, swastykę. W 1942 roku Czesław Łapiński wraz z Kazimierzem Paszuchą w karkołomny sposób, nocą, ryzykując życiem, weszli na Mnicha i obluzowali mocowanie swastyki. Przy pierwszym halnym wiatr ją zrzucił. Gdy w 1945 roku Niemcy opuścili Morskie Oko, Czesław Łapiński osiadł tutaj dopełniwszy formalności z PTT a Kazimierz Paszucha w ten sam sposób znalazł się w schronisku Roztoka. Zmiana formy własności spowodowała w 1951 r. zmianę sposobu zarządzania. W latach 1951-1992 kierownicy schroniska byli etatowymi pracownikami PTTK. W roku 1993 przywrócono jego dzierżawę, która trwa do dzisiaj.

Wspinaj się, wspinaj
By odplamić duszę
Zrzuć znak hańby i władzy nad tobą
Jak Łapiński i Paszucha
uczep się szaty Mnicha
Wbij pazury w skałę
Pij ze źródła „wolność”

Pani Maria Łapińska związana z tym miejscem od 1973 r. żyje – jakby powiedział śp. ksiądz Kaczkowski – na pełnej petardzie. Temperamentna, pełna humoru i poświęcenia. Św. Pier Giorgio Frasatti mawiał: „Niewielu, ale dobrych jak makaron”. Idąc tym tropem, o pani Marii Łapińskiej i wszystkich ludziach służących nam w wędrówce do góry, ratujących i pełnych poświęcenia, powiem: „Niewielu, ale dobrych jak górska szarlotka”.

Artykuł dedykuję wszystkim ludziom służącym nam – wędrowcom na szlaku.

P.S. Nie nagrałem opowieści pani Marii w czasie spotkania, o którym mowa powyżej, bo nie wiedziałem, że będzie tak porywająca. Poprosiłem zatem o rozmowę kilka miesięcy później. Spotkaliśmy się w jej gabinecie, w Morskim Oku. Dzięki temu jeszcze głębiej wtopiłem się w tę historię. Tak naprawdę dzieje Morskiego Oka zasługują na obszerną księgę. Byłbym zuchwalcem, gdybym próbował określić ten wywiad jako historyczny, czy opowiadający dzieje rodu Łapińskich w Morskim Oku.

Wszystkie archiwalne fotografie pochodzą ze zbiorów pani Marii Łapińskiej.

Dziękuję, Pani Mario, za to spotkanie – osobiście przekonałem się o Pani gościnności i otwartości!

Niedzielna Msza Święta pod kapliczką Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów

 

 

 

Dodaj komentarz