Powrócić do siebie

Rozmowa z opuszczającym Wiktorówki o. Marcinem Dąbkowiczem dominikaninem, który pracował tu ostatnie 9 lat (od 2008 r.) udzielającym się także w tym czasie w Morskim Oku, przy sprawie Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów. Od 1 lipca 2017 pracuje w Rzeszowie.

Gdybym dopuścił do siebie żal, to ciężko byłoby stąd wyjechać – mówi o. Marcin Dąbkowicz OP. Złapałem go w ostatniej chwili przed opuszczeniem Wiktorówek i przeprowadzką do Rzeszowa.

Uczestniczyłem w ostatniej mszy św. sprawowanej przez tego zacnego dominikanina w Sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej – Królowej Tatr na Wiktorówkach. Zaraz po Eucharystii usiedliśmy na ławeczce na zapleczu i chwilę rozmawialiśmy. Przysłuchiwał się temu przyjaciel o. Marcina – piękny pies, którego imienia ojciec nie zdradza bezhabitowym i nie pozwala się z nim fotografować. Widocznie wie co robi, bo pies nie protestuje. Pomyślałem, że z Matką Bożą ojciec Marcin się nie rozstanie. Wiadomo, jak to Matka – pójdzie za nim. Z ludźmi będzie też miał zawsze kontakt, w góry wróci i przemierzy szlaki. Ale jak zostawić psa – przyjaciela…? Lepiej o tym nie myśleć. Nie ma teraz na to czasu. Gorąco, ale ojciec Marcin jest spragniony słońca, którego tutaj, wśród wysokich smreków, jest jak na lekarstwo. Siedzimy jak na patelni, aby się jakoś ochłodzić przypominam sobie wiersz, który kiedyś skrobnąłem dominikanom na Wiktorówkach. A było to w niezwykle śnieżne święta Bożego Narodzenia:

na Wiktorówkach mróz, śnieg – 
biała suknia
smreki w dominikańskich habitach 
na Wiktorówkach 
Boża bacówka
mgła – tajemnica…
na Wiktorówkach ślad stóp 
wniebowędrówka
anioł na ziemię zszedł
na Wiktorówkach
Kościół – kosówka 
drżąca na samą myśl
Wiktorówki na Wiktorówkach 
w górach doniebafurtka
dominikanie w krzakach

Ojca Marcina poznałem przy okazji dorocznych spotkań poświęconych Matce Bożej od Szczęśliwych Powrotów w Morskim Oku. W drodze na spotkanie, przemierzając szlak z Polany Białczańskiej na Rusinową Polanę i dalej na Wiktorówki zastanawiałem się, co może dla niego znaczyć ten kult? Czy można poważnie traktować tych kilkudziesięciu zapaleńców, którzy rokrocznie powracają do kapliczki na morenie nad Morskim Okiem…?

Chodziłem wcześniej po Tatrach, byłem tam kilka razy, ale dopiero wtedy, gdy mnie posłano na Wiktorówki odkryłem, że za tą kapliczką kryje się coś głębszego – mówi o. Marcin.  W 2008 roku, pierwszą jesienią, w pierwszym listopadzie mojej obecności tutaj,  gdy zaproszono nas – dominikanów z Wiktorówek do Morskiego Oka na spotkanie ku czci Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów, zaczęło się moje świadome spotkanie. Morskie Oko mieści się w granicach tzw. duszpasterstwa turystycznego, powierzonego dominikanom przed laty przez Metropolitę Krakowskiego na całym obszarze Tatr Wschodnich, stąd nasza obecność tutaj. Muszę powiedzieć, że we mnie samym to ewoluowało. To ciekawe, bo od lat chodziłem po górach a nigdy wcześniej nie spotkałem się z tą świadomością – że to Matka od Powrotów. Przyznam, że spotkania z ludźmi przybywającymi dla Matki w górach i tymi przychodzącymi tutaj, na Wiktorówki, ukazały mi głębszy sens Powrotów. Nie chodzi tylko o szczęśliwe powroty z gór, ale także o szczęśliwe powroty do swojego życia. I to jest bardzo wpisane w tą działalność. Mnóstwo ludzi chodzących po górach szuka powrotu „do siebie”, do stanu sprzed jakiejś próżności, zachłannej konsumpcji życia czy rozregulowanego związku albo szaleńczego uzależnienia od pracy. Jesteś w takim momencie życia, że już nic nie musisz, że niektóre rzeczy są ci już niepotrzebne. Dociera do ciebie, że od swojego życia jesteś daleko, nie żyjesz jakbyś chciał. Dużo się pokomplikowało, wielu rzeczy nie możesz odkręcić. I wtedy jest pomysł na powrót do siebie. Błąkasz się tutaj, bo czegoś szukasz i ten kult szczęśliwych powrotów zaczyna ci coś podpowiadać, że to jest powrót do tego, co od zawsze miałeś. Dla mnie, jako osoby duchownej, te wszystkie spowiedzi, spotkania z wędrowcami, którzy w wielu przypadkach nie przychodzą tu do kościoła, a idą szlakiem i nagle widzą kościół, układają się w pewną całość, logikę. Pojawia się u nich rozrzewnienie. To samo dzieje się nad Morskim Okiem, gdzie odprawiłem już kilkadziesiąt mszy. Ludzie idą brzegiem jeziora, najczęściej wracając z mozolnej wędrówki i nagle widzą księdza jak odprawia mszę. Podchodzą, bo jest niedziela (w każdą niedzielę o godz. 21:00 przy kapliczce jest msza, a jeśli nie pozwalają na to warunki atmosferyczne –  o tej samej godzinie jest ona odprawiana w sali kominkowej schroniska).


Od pierwszej niedzieli lipca trwa tzw. wakacyjny sezon duszpasterski. Oto porządek mszy świętych:

Polana Włosienica – godz. 18:00
Roztoka – godz. 19:00
Pięć Stawów Polskich – 19:30
Morskie Oko – 21:00


Zastanawiam się, czy można jakoś zdefiniować ludzi przemierzających górskie szlaki?

Przybywających w Tatry ludzi trzeba pogrupować na tych, którzy chodzą bez świadomości i tych, którzy zamyślają się tutaj i czerpią siłę z tego miejsca. Celem tych pierwszych jest Morskie Oko i deklaracja: „nigdy więcej” (czasem słychać, jak są na siebie źli, że się tu znaleźli), a tych drugich cechuje nieustanne powracanie i tęsknota. Walka z samym sobą, poszukiwanie.

Wiem, o czym mówi ojciec Marcin, sam tak nie raz mam…

idę w góry, by stępić pazury
odtruć się i oczyścić
idę w góry, by przegonić chmury
zmierzyć się z samym sobą
idę w góry, by wyjść z mrocznej dziury
poczuć jak boli szlak
idę w góry ja – białopióry niegdyś ptak

Zastanawiam się co ojciec chciałby nam, tym zapalonym kultowcom powiedzieć, ciekawe, czy widzi potrzebę…

Sprawa wymaga propagowania. Trzeba, aby ktoś, kto szuka miał dostęp, dowiedział się o tym. Ale nie można narzucać, bo to jest Matka dla szukających. Nie może to być nachalne, bo straci wątek intymności. Nie można dopuścić do takiej sytuacji, kiedy ktoś poczuje się zawstydzony. Jeśli zapragnie powrotu, to się z Nią znajdą. Ona pomoże mu zbudować lub odbudować relację. Jeśli staniesz obok człowieka, który się nawraca i wchodzisz w rolę nauczyciela czy nawiedzonego, a nie daj Boże Boga, to go zawstydzisz – zepsujesz tym wszystko. To może go zamknąć. Trzeba być delikatnym, pozwolić  i zadbać o to do czego drugi ma prawo, a ma prawo do intymności, i darzyć szacunkiem takiego człowieka.

Za godzinę ten śródziemnomorskiej urody (a miałem o to zapytać!) człowiek zamknie się pewnie gdzieś w murach sanktuarium z psem i będzie mu musiał powiedzieć: słuchaj stary, muszę wyjechać, może nawet, a raczej na pewno, na długo…

Patrzę z nadzieją na przyszłość, w którą mnie Bóg prowadzi, ale jak zostawić ludzi? Ja nie chcę ich stracić. Tych, z którymi zawiązały się relacje, dzięki którym człowiekowi bardziej się chce. Zostają tutaj bracia Cyprian i Mateusz. Oni też mają swoją wizję i zostawiają tu codziennie kawał siebie. A nowy Ojciec – Wojtek Frączek ułoży się z nimi, z Matką Jaworzyńską i z ludźmi.

Nie wspomniał o psie i o kocie Stefanie. To intymna sprawa, zarezerwowana dla tego jednego człowieka i dwóch zwierzaków. Przed rokiem byłem tutaj w spokojnym, bezludnym dniu. Wokół kaplicy krzątał się ojciec Marcin, a pies strzegł Miejsca Pamięci Ludzi Gór. Podobnie jak innym i mnie nie zdradził jak wabi się jego mały brat i nie pozwolił fotografować się z nim. 

 

 

 

Dodaj komentarz